8/16/2015

Trening ujeżdżeniowy | Kick Me SD

To był nasz trzeci dzień w Far Horizons. Ciężko było nam rozstać się z przyjaciółmi i Australią, jednak z każdą godziną uświadamiałam sobie że zmiany przydają się w życiu. Szczególnie zmiany na coś takiego. Kiedy wyglądałam z okna swojej sypialni widziałam wielką, zieloną dolinę, w oddali małe miasteczko, na prawo od niego rzekę, nad którą zawsze unosiła się gorąca para, a jeszcze dalej piękne, wulkaniczne góry. Było warto chociażby dla samego widoku.
Niechętnie podniosłam się z łóżka. Dziś trzeba było już zacząć treningi, bowiem dom był już urządzony, a po przeprowadzkowych pudłach nie było już śladu. Konie też całkiem przyzwyczaiły się do nowego otoczenia i zupełnie innej temperatury. W Perth temperatury sięgały teraz nawet 23 stopni mimo panującej tam pory deszczowej. Zaś tu gdzie byliśmy mieliśmy całe 15 stopni w najcieplejszym momencie dnia, przy czym odczuwalne było może 8. Bez przerwy też padało, jednak nie przeszkadzało nam to w zaklimatyzowaniu się. Zarówno ja, jak i Dan i Phil uwielbialiśmy deszcz, ze względu na przywiązanie do Wielkiej Brytanii. Connor za to bez przerwy narzekał na ból głowy i zmęczenie, dlatego stwierdziliśmy zgodnie, że damy mu dłuższy czas na przyzwyczajenie się do niecodziennej jak dla niego pogody. Chłopak pochodził z Minnesoty, gdzie lato było wyjątkowo gorące, a zima niezwykle mroźna, może więc, kiedy nadejdzie już pora śniegu rozchmurzy się chociaż trochę.
Rozejrzałam się po pokoju  i za chwilę poczułam dreszcze na plecach. W domu było wyjątkowo zimno, nie zdążył się jeszcze porządnie nagrzać. Okryłam śpiącego ciągle Connora szczelniej kołdrą i zabrałam z szafy bryczesy, koszulkę i sweter z czarnej wełny. Szybko doprowadziłam się do chociaż przyzwoitego stanu, związałam włosy w warkocza i ubrałam się. Za chwilę też miałam na sobie swoje nowiutkie czarne oficerki z ozdobnym wiązaniem, które co prawda przeznaczone były do gry w polo, ale nie mogłam się nim oprzeć. Podeszwy cicho stukały o drewnianą podłogę w domu. W kuchni spotkałam chłopców, którzy najwyraźniej pichcili coś dobrego. A raczej Dan pichcił, a Phil siedział na starym fotelu i wyglądał przez okno z nosem przyklejonym do szyby. Był ciągle w swoich piżamowych spodniach w małe dżdżownice i zupełnie do tego nie pasującej granatowej koszulce w gwiazdki.
- Hejka, chłopcy, co robicie? - spytałam siadając na blacie obok Dana, który zawzięcie kroił ugotowane na twardo jajko.
- Pastę jajeczną, smażony bekon, tosty i...
- Daaaan, jedźmy dziś nad rzekę - jęknął Phil wcinając mu się w środek zdania.
- Pojedziemy - zapewnił go starszy, wrzucając pokrojone jajko do miski.
- Zostawicie mi trochę? - zapytałam sięgając do szafki po niebieskie Oshee. - Zjem po treningu
- Pewnie! - krzyknęli do mnie, kiedy już otwierałam drzwi na zewnątrz.
Od razu uderzył mnie lodowaty powiew wiatru i malutkie kropelki deszczu. Poczułam dreszcz, który zatrząsł mną całą. Szybko przebiegłam do stajni i zabrałam się za poranne karmienie. Cztery konie na spokojnie mogła ogarnąć jedna osoba, toteż dzieliliśmy się tym obowiązkiem - oczywiście wykluczając biednego Connora - i codziennie robił to ktoś inny. Wszystkie ogiery już po chwili miały pełnowartościową paszę w swoich żłobach, a moment później rozdzielone siano. Przemiotłam stajnię i usiadłam na kostce słomy. Otworzyłam Oshee i upiłam kilka łyków, żeby za chwile rzucić je przy boksie Kicka i ruszyć do siodlarni po jego sprzęt. Kiedy koń zjadł wyprowadziłam go na korytarz i przywiązałam dwoma uwiązami do krat boksów po obu stronach. Szybko był czysty i ubrany. Zarzuciłam jeszcze na niego derkę treningową i wyszłam ze stajni, po drodze biorąc swój toczek, długi palcat i oczywiście picie. Gniadosz podążył grzecznie za mną, opuszczając głowę niemalże do samej ziemi, niczym zdolny reiningowiec. Do hali mieliśmy dosłownie kawałek, więc nie zdążyliśmy nawet odrobinę zmoknąć. Na początku złapałam za lonżę i bat i przypięłam ogiera, żeby go rozgrzać. Nie lonżowałam go na kole, a na prostokącie, przechodząc razem z nim kilka kroków, kiedy był na przeciwko długich ścian hali. Po około dziesięciu minutach popędziłam go do kłusa. Grzecznie ruszył. Po około 5 takich prostokątach na obie strony odpięłam lonżę i rzuciłam ją w kąt, żeby wsiąść na gniadosza. Zrezygnowałam na razie z toczka, wkładając tylko czarne rękawiczki Fair Play. Ruszyłam od razu kłusem. Po dwóch pełnych okrążeniach parkouru zaczęłam go skracać i wydłużać, kręcić koła 20 i 10m, a potem wolty. Kick ładnie współpracował chociaż wyrywał się do galopu. Treningi ujeżdżeniowe wyraźnie go nudziły. Zaczęłam naprowadzać go na drągi, na początku płaskie, później podwyższone. Nie miał z nimi problemu, ponieważ drągi były ustawione na ćwiczenia przed treningiem skokowym, nie potknął się o ani jedną belkę. Przejechałam pełne okrążenie parkouru w wydłużonym kłusie. Półparadą zwalniałam jego chód, żeby za chwilę wjechać na czworobok, gdzie od razu zrobiłam ustępowanie w kłusie po przekątnej na obie strony. Ogier podnosił ładnie nogi, nieznacznie się wyginając, jak na prawdziwego ujeżdżeniowca przystało. Zwolniłam do stępa, zrobiłam kilka wolt i zabrałam się za cofanie. Na początku koń miał niewielkie wątpliwości, jednak przy drugiej próbie poszło nam już bez większych komplikacji. Wyprowadziłam konia na długą ścianę czworoboku i dałam mu znak do galopu. Ruszył lekko, jednak z wielką siłą i od razu wyciągniętym. Zwolniłam go półparadą i pokierowałam na koło 20m, które zmusiło go do jeszcze wolniejszego i uważniejszego stawiania kroków. Po kole wyprowadziłam go na linię środkową gdzie zrobiliśmy zwykłą zmianę nogi. Zareagował błyskawicznie, nawet się nie zastanawiając zwolnił do stępa i prawie od razu zagalopował na drugą nogę. Zabrałam się za następne ćwiczenie, czyli wolta, wyjazd na przekątną, lotna i kolejna wolta. Poszło całkiem gładko, chociaż gniadosz potknął się przed zmianą nogi. Powtórzyłam więc ćwiczenie, po czym dałam mu chwilkę stępa, w nagrodę gładząc go po szyi. Po dwóch minutach zabrałam się za kontrgalop na pełnym kole 20m, po chwili zmniejszając je do 10m. Jako że poszło mu wyjątkowo dobrze, zwolniłam do kłusa i oddałam mu wodzę. Tak wyjechaliśmy z czworoboku, żeby zwolnić do stępa. Napiłam się i porządnie występowałam wierzchowca. Wróciliśmy się do stajni, gdzie dałam mu smaczka, rozczesałam go, sprawdziłam mu wszystkie nogi, nasmarowałam kopyta, ubrałam w derkę i wypuściłam na wielkie pastwisko. Dan i Phil szykowali Wilda i Resurrecta do wyjazdu, dlatego tylko Crookeda ubrałam w derkę i wypuściłam na drugie duże pastwisko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz